różowa linka, zielona linka

Przed lekcjami Michał powiedział Markowi i Mateuszowi, że w hotelu Qubus zatrzymali się członkowie tajnego zakonu z Niemiec. Przyjechali,  aby dopilnować wykonania wyroku śmierci na Maćku. Będą wszystko obserwować z ukrycia... 
  Mróz chrzęścił pod stopami. Mateusz urwał się z ostatniej lekcji, by odgarnąć świeży śnieg z głębokiego do pasa grobu, który dzień wcześniej z Michałem wykopali Maćkowi w lesieza miastem. Nie chciał się natknąć na obcych, którzy zamieszkali w Qubusie, więc kiedy na drodze do świerkowego młodnika zobaczył czyjeś tropy, zszedł ze ścieżki w las. Naciągnął na twarz kominiarkę. Bał się.

  Mniej więcej godzinę później nadszedł Michał z Maćkiem, a za nimi przywlókł się Marek, też z kominiarką na głowie. Było cicho, tylko ten zmrożony śnieg chrzęścił jak diabli. Maciek nie wiedział, że prowadzą go na rzeź. Myślał, że zwyczajnie, idzie poćwiczyć sztuki walki z kumplami z klasy. Miał dostać wymarzony karabin na kulki z farbą. 

Od kilku miesięcy należeli do nieformalnej szkółki sztuk walki prowadzonej przez Michała. Czasem zostawali potrenować na sali gimnastycznej, niekiedy szli na zajęcia w plener. Michał - posiadacz białego pasa - pokazywał Markowi, Mateuszowi i Maćkowi - kompletnym nowicjuszom - jak atakować i bronić się przed ciosem. 

Podczas treningów w zaufaniu opowiadał im o tajnej organizacji Nachtkampf, mającej swoje zbrojne zakony w Niemczech i w Polsce. Nie wiadomo, czy mu wierzyli, kiedy mówił, że jest jej członkiem, ma najwyższy w hierarchii stopień wojownika cienia, odpowiada za dyscyplinę i zabił już kilka osób. Albo kiedy obiecywał Maćkowi broń snajperską oraz po tysiąc euro za każdą odstrzeloną głowę.
Podczas treningów opowiadał o tajnej organizacji Nachtkampf, mającej swoje zakony w Niemczech i w Polsce.
 
Na pierwsze zajęcia szkółki przychodziła jeszcze Agata. W 2006 roku była z Markiem i Maćkiem, gdy napadli na nich dwaj zamaskowani mężczyźni. Nieznajomi powalili chłopaków na ziemię, związali im ręce żyłką do koszenia trawy, przykładali noże do gardeł, grozili śmiercią, a potem zaciągnęli do rowu, w którym leżał już jakiś nieprzytomny człowiek z obandażowaną głową. Agata wpadła w panikę. Biegała od jednego do drugiego napastnika, prosząc o litość, aż któryś odciągnął ją na bok, w zarośla. Maciek z Markiem słyszeli, jak przeraźliwie krzyczy, a potem zrobiło się cicho. Nim nieznajomi w kominiarkach wrócili, chłopcy uwolnili się z więzów i uciekli lasem. 

  Szybko okazało się, że napad był sfingowany. Agata postanowiła sprawdzić, czy w razie niebezpieczeństwa może liczyć na szkolnych kumpli. Poprosiła znajomych, by trochę chłopaków postraszyli. Michał o prowokacji nie wiedział. Wściekł się na dziewczynę i wydał pierwszy wyrok: kazał ją zepchnąć ze skałek. Maciek, któremu dał dwa tygodnie na zabicie Agaty, miał to zrobić tak, by wszystko wyglądało na nieszczęśliwy wypadek. Ale najpierw się wahał, a potem zdecydowanie odmówił. Sprawa ucichła. 

Maćkowi nie przyszło do głowy, że wyrok nie został anulowany, zmieniła się tylko ofiara. Michał zarzucał mu nie tylko nieposłuszeństwo. Uważał, że Maciek podrywa jego dziewczynę. I że zdradził zakon, bo opowiada o nim na prawo i lewo.

Teraz to Maciek miał zostać strącony ze skałek. Inny scenariusz zakładał, że w trójkę zaprowadzą go do lasu, przywiążą do drzewa i pobiją. Skatowanego do nieprzytomności Maćka chcieli odwiązać i podciągnąć kilkaset metrów po śniegu, pod wykopany w zmarzniętej ziemi grób, gdzie Marek miał mu podciąć gardło. Ostatecznie Michał wybrał trzeci wariant. Mateuszowi i Markowi powtarzał, że każdy jest sadystą, tylko nie każdy umie to w sobie pielęgnować.
- Ja z was zrobię sadystów - obiecywał.

Mateusz poszedł na skraj zagajnika. Miał stać na czatach i rękami dawać znaki członkom zakonu Nachtkampf, którzy przyjechali obserwować ich z ukrycia. Ze wzgórza widać porośnięte drzewami zbocze z górującą nad nim wieżą kościoła. A bliżej stadion, rzekę i biegnące równolegle drogi. Próbował odgadnąć, gdzie są ci Niemcy z Qubusa. Nie widział nikogo. Ściana obsypanych śniegiem świerków zasłaniała też to, co się działo w zagajniku. 

Podniósł ręce do góry - najpierw lewą, potem prawą - by ci, którzy ich obserwują z ukrycia, wiedzieli, że wszystko jest w porządku. 

Michał dał Maćkowi swoją kanapkę. Stali z Markiem nad wykopanym wśród drzew grobem, a on jadł, dopytując się o broń. Gdy Michał powiedział, że je ostatni posiłek w życiu, zabrzmiało to jak makabryczny żart. Maciek zaśmiał się. Ale przeszedł mu głód. Przełknął jeszcze kęs i oddał kanapkę. 
  
Ciągnąc ten upiorny żart, dał sobie związać ręce różową linką. Zieloną skrępowali mu nogi. Przez chwilę szarpał się trochę, bo Michał obiecał, że jak sam uwolni się z więzów, dostanie od zakonu tysiąc euro. Supły przy nadgarstkach i stopach nie zamierzały puścić.
Nie chciał klęknąć nad grobem - bał się, że pobrudzi spodnie i mama będzie się na niego gniewała. Zrobił to dopiero, jak podłożyli mu pod kolana pokrowiec od saperki. Ciągle myślał, że bierze udział w próbie, podobnej do tej, którą przygotowała im Agata.

Stojącemu na straży Mateuszowi Michał polecił zmienić miejsce posterunku. Miał iść pod stadion. 
Markowi, z którym został w zagajniku, rozkazał: - Tnij!
  Miał w ręku nóż z łukowatym ostrzem. Na uszach słuchawki i empetrójkę puszczoną na cały regulator.
Maciek z wciśniętą na głowę kominiarką klęczał nad dołem. Chyba zaczynał rozumieć, co się dzieje.
- Kurwa, tnij!
Ale Marek nie chciał wziąć noża. Krzyczał do Michała:- Pojebało cię!
- Jeśli go nie zabijesz, to zginie i on, i ty!
Maciek był przerażony:
- Michał, co ty chcesz zrobić? - pytał.
  Sąd ustalił, że to Michał podszedł do klęczącego na śniegu kolegi, odgiął mu głowę do tyłu, przyłożył ostrze do tętnicy po lewej stronie szyi i pociągnął. Trysnęła krew. Maciek wpadł do dołu. Żył jeszcze, gdy we dwójkę z Markiem sypali na niego ziemię. Charczał i konwulsyjnie poruszał nogą, próbując wydostać się z grobu.
- Zamknij się, skurwysynie! - Michał uderzył go w kolano brzegiem saperki. - Nikt nie będzie mówił złych rzeczy na mój zakon i nikt nie będzie woził się z moją dziewczyną. 
Po wszystkim zeszli z góry. Michał kopał świerki, by strącony z gałęzi śnieg zasypał ślady.
- Skurwysyn nie żyje - powiedział Mateuszowi czekającemu na nich pod stadionem.

 
Marek zauważył, że Mateusz zbladł. Rozszerzyły mu się źrenice. Mówił drżącym głosem. Nie pytał o szczegóły, nie chciał wiedzieć, jak to się stało.
  Michał opowiadał o policjancie, który jest członkiem zakonu. Straszył, że jeśli ktokolwiek się wygada, wojownicy Nachtkampfu odnajdą zdrajcę.
Potem w śledztwie opowiadał, że cały ten zakon sobie wymyślił, żeby zaimponować kumplom z podwórka. Opowieściami o tajnej organizacji i zabitych przez siebie ludziach budował swój autorytet.
Prokurator nie natrafił na żaden ślad potwierdzający istnienie tajnych wysłanników Nachtkampfu. W Qubusie nie było żadnych Niemców.
Marek zauważył, że Mateusz zbladł. Rozszerzyły mu się źrenice. Mówił drżącym głosem.

Razem wrócili do miasta.
Michał poszedł zobaczyć się z dziewczyną. Marek i Mateusz skręcili na strzelnicę, żeby trochę sobie postrzelać.

Kiedy prawie trzy miesiące później, po znalezieniu grobu w zagajniku, policjanci przyjechali na zawody lekkoatletyczne, żeby aresztować Mateusza, był przerażony. Myślał, że przychodzą po niego członkowie zakonu...

2010-01-27 19:57:12
skomentuj (6)



ulgowy do huty

Ktoś macha na nasz bus z daleka.
- Aaa - kierowca mruczy poprawiając okulary. - To ten gość od cukierków.
Hamuje z gracja, jakby powoził karocą wiozącą Kopciuszka na bal do Księcia.
  Wszyscy wyciągają głowy, by zobaczyć zziębniętego krasnoluda z przewieszoną przez ramię torbą, który ładuje się do środka. 
- Ulgowy do huty - komenderuje radośnie.
- U mnie nie ma ulgowych. Dwa złote kosztuje bilet. Jedziesz pan czy nie?
- Jak nie ma ulgowych?
- Normalnie. Nie ma i już. Zamykaj pan drzwi albo wysiadaj.
Krasnolud trzaska drzwiami, ale po lisiej minie widać, że ma jakiś argument w zanadrzu. Rozpina kurtkę, sięga do wewnętrznej kieszeni po portfel. Podaje busiarzowi banknot.
- Pan, panie kierowco, mnie w konia robi. Bo jechałem innym busem, i ulga jest.
- W innym jest. U mnie nie.
- Z szefem pana jechałem i ulga jest.
- Z moim szefem?! - zaperza się kierowca. - I powiedział, że jest ulga? Bzdury pan gadasz.
Jako stały pasażer pana Jacka kiwam głową. Akurat wjechaliśmy na dziurawy kawałek asfaltu koło lasku, ale kiwam głową nie tylko z tego powodu. Kto jak kto, ale stali pasażerowie wiedzą na pewno, że pan Jacek nikomu by złotówki nie podarował. W życiu.
Krasnolud desperacko wodzi wzrokiem po wnętrzu busa, ale wszyscy kiwają głowami. Z ciężkim westchnieniem chowa w kieszeni bilet i garść drobniaków, którą podał mu kierowca.
Przez chwilę jedziemy w milczeniu.
- No nie złość się pan - w końcu wzdycha kierowca. - Policzyłem panu połówkę.
- Naprawdę.
- Sprawdź pan, jak nie wierzysz.
- No to masz pan dwie kukułki - uradowany krasnolud wyciąga z kieszeni kilka cukierków. - I pani też dam, chce pani - zagaduje do siedzącej najbliżej pasażerki. A potem po kukułce dostaje dziewczynka z pacyfą na plecaku i pan w długim płaszczu.
- Państwo rozumieją, palenie rzucam.

2010-01-25 21:04:34
skomentuj (4)



pies szczekał na mnie jak na ducha

"To niewiarygodne, jak można czuć się szczęśliwą przez tyle lat, mimo tylu kłótni, tylu upierdliwości i tak naprawdę kurwa, nie wiedzieć, czy to miłość czy nie"
(Gabriel Garcia Marquez "Miłość w czasach zarazy"
)



Kurz. Puch z pościeli. Włókna ubrań. Papier starty na proch. Drobne kamyczki przyniesione na podeszwach butów. Podobne do nich okruszki czerstwego chleba, kryształy soli i cukru. Dowód, że karmiliśmy się nie tylko miłością.
Są ślady jeszcze bardziej oczywiste: złuszczony naskórek, połamane włosy, paznokcie cięte w cienkie ciemne półksiężyce.
Chodzę boso po pustym mieszkaniu, a to lepi się do mych stóp.
Nie ma nadziei, że wszystko dopiero się wydarzy. Jest coraz ciemniej i coraz zimniej, coraz rzadziej mi się śnisz, ukochana, i śnisz się coraz bardziej rozpaczliwie. Już nie pamiętam kiedy ostatni raz widziałem cię na jawie, jeśli nie liczyć zdjęć. Wczoraj jakiś pies szczekał na mnie jak na ducha.
Mam 42 lata. Byłem jak zapomniana pestka pomarańczy w fartuchu ogrodnika.



2010-01-23 22:10:07
skomentuj (1)



światełko (odcisk)

Gasną naraz obie żarówki w ubikacji, przepalają się w nich druciki i prąd pęka jak most nad przepaścią. Przepaść jest ciemna. Każda porządna przepaść jest ciemna.
Głupstwo, myśli pjotruska, i ustawia stołek na dnie przepaści. Unosi ręce nad głowę, by namacać pod sufitem szklany bąbel, z którego sączyło się światło. Niechcący narusza spokój much, które umarły dawno dawno temu i podobne do wysuszonych ziaren traw grzechocą żałobnie w płytkiej misie żyrandolu.

2010-01-06 21:56:15
skomentuj (1)



plac zabaw

Były tu myszy, psy i wróble. Byli ludzie. Wśród wielu tropów przecinających osiedlowy plac zabaw jest też mój. Nie przyszedłem tu dla zabawy, choć na chwilę zawiesiłem ciemny kloc swego ciała na drabince do wspinaczki i dyndałem nad ziemią jak anioł. Przyszła dziewczynka i popatrzyła na mnie z dołu. Zaczepnie.
Tak się patrzy na wariatów, na dziwaków, nie na anioły. Popatrzyłem na nią z góry, zaczepnie, ale miała rację. I w końcu musiałem się puścić.
Dużo myślę ostatnio o starości, o siwych włoskach, które trzeba wyciąć z brody póki się jeszcze da. O przeskakiwaniu dwóch stopni naraz. O zsuwaniu się w oblodzoną czeluść jaskiń za Jerzmanicami. O wchodzeniu w zaspy, z których można się wciąż wygrzebać o własnych siłach.
Albo leżę na podłodze i przerzucając stronice atlasu anatomicznego próbuję poznać kość po kości, mięsień po mięśniu, wszystko co może mnie zawieść.

2010-01-04 21:12:45
skomentuj (3)



edek (odcisk)

Gdy przyszedł zakrwawiony, zdjęła mu sweter i spodnie, wyjęła nóż sprężynowy, schowała pod pościelą w szafce. Spał jak dziecko, z rękami rozrzuconymi szeroko i otwartą buzią. Noc była, ale jasna jak dzień.
- Nie wiem co zrobił, kogo zabił - mówi wyjmując nóż spomiędzy prześcieradeł. Przez chwilę szuka na rękojeści przycisku, który uwalnia szybkoskrzydłe ostrze, o ułamek sekundy szybsze niż błysk flesza, rozszerzająca się źrenica, krok w tył.
Zaprosiła nas, byśmy zobaczyli też poplamione krwią addasy Edka. Zostały. W innych butach zabrali go na oddział psychiatryczny.

2009-11-11 17:30:14
skomentuj (6)



bury miś (czy dzisiaj jest środa?)

Jestem bury miś. Dzieci taszczą mnie przez korytarz do pokoju razem z resztą kubusiowych pluszaków: różową krową, zielonym boa, owcą bez oka i mechatym kocurem. Posapują z wysiłku, bo miś nie ułomek. Ciągną za ręce, za nogi, za głowę.
- Bury miś! Bury miś - piszczą do ucha.
Dzieci jest trójka: Marta, Olga i Kuba. Lenę, na szczęście, prawdziwy kot interesuje zdecydowanie bardziej niż fałszywy pluszak, dlatego to Czarna Mańka musi się mieć na baczności. To młodziutka kotka, którą Grzebysie przywieźli do O. razem z córkami. Czarna Mańka wygląda jak czarny kołtun z żywymi złotymi oczkami i rudą plamką zamiast brwi.
Lena uwielbia nosić Czarną Mańkę za ogon lub przygniatać do podłogi. Właśnie po raz kolejny założyła jej nelsona. Bury miś, choć ma oczy z paciorków, nie może na to patrzeć. Jego bezwładne kończyny wypchane ścinkami materiałów już nie są bezwładne. Jak Superman podnosi się na nogi, pac odtrąca Kubę, pac kładzie na podłodze Martę, fik wywraca Olgę, nu nu grozi palcem Lenie i wyciąga Czarną Mańkę spod śmiertelnego nelsona.

2009-11-05 22:48:35
skomentuj (4)



podróż VIII

I unoszę się na podłokietniku, skrzydle, które wyrosło poza ciałem. I dotykam końcem oka, jak kijem, świateł przeskakujących po jej twarzy, gdy mijamy obstawione latarniami skrzyżowania. I chowają się pod skórę, za kołnierzem koszuli, w zagłębienia zmarszczek, robaczki świętojańskie spojrzeń, mrugnięć, zmrużeń. Odwraca się w końcu w moją stronę, ale w ciemności nie widzi, że ją kocham.
Dostrzega tylko, że na nią patrzę. I odwraca wzrok. Mocniej ściąga gumką włosy upięte w koński ogon, dopina guzik pod szyją, szpera w przepastnej torebce za czymś nieistniejącym. To wtedy rozpaczliwie muska dłonią przyciski telefonu i na kilka sekund bezgłośnie rozbłyska różowa błyskawica. Oświetla jej palce, szminki, klucze, tusz do rzęs. Drobniutki świat.
Który gaśnie nagle.

2009-10-12 21:32:19
skomentuj (0)



z el do zet

Dziewczyna ma paznokcie obcięte po męsku, z czarną obwódką po ogródku, i długie rude włosy, którymi potrząsa od niechcenia. Siedzi dwa fotele przede mną, obok chłopaka w kapturze. Śmieje się na cały głos, aż reszta pasażerów spogląda na nią z dezaprobatą.
Tylko ten chudy w dresie i okularach, z palcem na klawiszach komórki jak na cynglu szybkostrzelnego karabinu, nie odrywa oczu od wyświetlacza. Ma twarz niebieską, sine, nieruchome jak esemes usta.
  Pan Wojtek ścina zakręt i pochylamy się wszyscy w tę samą stronę.

2009-09-30 22:13:58
skomentuj (5)



f.spaniały

Ferdynand Wspaniały - cienki płaszczyk, dziurka w podszewce - zwala się na kolana obok sklepu i spomiędzy porzuconych na chodniku petów wybiera te, które da się jeszcze wypalić. Jeden wsuwa do ust, resztę sypie do kieszeni razem z ziemią i mrówkami, które zaplątały się w palce. A potem z trudem łapiąc równowagę dźwiga się z klęczek i rozgląda po dworcu za ogniem. Ogień jest, pali się kilka metrów dalej, w palcach młodych mężczyzn, którzy wysiedli na fajkę z przelotowego autobusu do Poznania. Ferdynad prosi i dostaje. Jest jak płochliwe gołębie, którym dzieci i staruszki kruszą bułkę. Syty, ucieka pod budę z kurczakami i odpala peta od peta. Nawet ręce drżą mu wtedy mniej niż zwykle. Długa szyja wygina się w esy floresy. Razem z dymem ucieka do nieba.

2009-09-17 19:40:13
skomentuj (4)



święto plonów

Szymon wyłudził ode mnie ostatnie 5 złotych i pobiegł do kolegów - dożynki, zostałem bez grosza, z pustym żołądkiem na sportowym boisku obstawionym po rogach fastfoodami. Żołądek poburkiwał smutno.
Obok był Pol, w zasadzie też bez forsy. Wprawdzie przed chwilą dostał od wójta kopertę ze stówką za zajęcie siódmego miejsca w konkursie na najładniejszą zagrodę w gminie, ale to święte pieniądze, nie do ruszenia, przeznaczone na areator i sekator jeszcze zanim znalazły się w polusiowej kieszeni.
Ratowali nas kumple, też wygłodzeni jak wilki. Lovejoy ze Szpilką przywołali jakieś dziewczyny roznoszące wśród gości ciasto, chleb, kiełbasę i kaszankę. 
- Bierz wujek - podsunęły nam pod nosy talerze. 
Kuląc się od wiatru, głuchnąc od muzyki, w milczeniu połykaliśmy kęs za kęsem. 
Potem - posileni na tyle, by stanąć na nogi - podreptaliśmy przez boisko do ogrodzenia z siatki, na którym Nikifor z O. wywiesił swoje obrazy. W środku, pod reklamą zaprawy szpachlowej, wisiał jeden z tych, które chciał kiedyś kupić Grzebyś: zalana krwią twarz Chrystusa w cierniowej koronie. Autor napisał na obrazie: "Cudowny obraz". Na wypadek, gdyby ktoś miał wątpliwości. My nie mieliśmy, więc urzeczni patrzyliśmy na deszcz czerwonych kropelek kapiących spod kolców.
Za moje 5 złotych Szymon kupił sobie zamiast jedzenia laser u straganiarzy. Szybciej niż my odkrył miejsce, w którym można było dostać za darmo kromkę chleba ze smalcem. Trzy razy stawał w kolejce, aż poczuł, że jest syty. Sprytny chłopak. 

2009-09-07 22:54:50
skomentuj (4)



muszelka po ślimaku

1. Z rojami owadów krążę po lepkim od rozkładu sadzie. W trawie gniją ostatnie tego lata papierówki, nie obite o kolano kwaśne jabłka, złote renety z robakiem w środku. Pleśn jest jasna, i śluz ślimaków pielgrzymujących między drzewami też, i nici pajęczyn na gałęziach, i śmierć, ta zimna mgła - pokazuje mi mój martwy ojciec. Nie do uwierzenia, że tak niedawno ogrodniczą maścią sklejał złamane gałęzie i owijał pnie jabłoni bandażami. 
2. Ma dziwny grób. Wysypany korą i szyszkami, które zbieraliśmy z Polem w lesie.Dzieci przyniosły mu puste muszelki po kolorowych ślimakach i białe kamyczki o ostrych krawędziach. 
3. Ponad cmentarnym płotem patrzę na miejsce, gdzie świeżo skoszone pole styka się z niebiem. Zapach odsłoniętej przez kombajn ziemi czuć aż tutaj.
4. Ogień w zniczach gaśnie, knoty topią się w wosku, podpalamy je na nowo, ale nie chcą płonąć.
- To przez upał - mówi Misia. 

2009-08-25 21:52:23
skomentuj (2)



ptaki i czerw

Szubienice cuchnęły. Lokalizowano je za murami miast ze względów praktycznych - nie tylko ku przestrodze dla wędrownych bandytów, ale też po to, by słodka woń rozkładających się ciał nie uprzykrzała życia mieszczanom. Zdarzało się bowiem, że truchła powieszonych dyndały - nękane przez ptaki i czerw - tak długo aż same odpadły. Kat zbierał je później i grzebał w niepoświęconej ziemi nieopodal budowli pospołu z padłymi zwierzętami. Albo dopiero gdy na belkach przerzuconych między kamiennymi podporami brakowało miejsca dla nowych skazańców, decydował się skrócić hańbę któremuś z powieszonych wiele miesięcy wcześniej nieszczęśników i ściągał go w dół. 
- W Lubaniu po egzekucji matkobójcy zwłoki pozostawały wystawione na widok publiczny przez pięć lat, aż w końcu wizyta ważnej osobistości skłoniła władze miasteczka do ich uprzątnięcia - opowiada D.W. 
To miało sens: obwieszona wisielcami jak choinka szubienica górująca nad miastem stanowiła sygnał dla rabusi i morderców, żeby nie liczyli na pobłażliwość lokalnej władzy. Chroniła bogobojnych przed występnymi. Ze względów prewencyjnych dobrze było mieć za murami taką budowlę, więc wznoszono je w każdej większej miejscowości. 

Wbrew nazwie nie służyły wyłącznie do wieszania. To były miejsca wszelkiej kaźni; ścinania mieczem, łamania kołem, ćwiartowania, palenia na stosie czy pogrzebania żywcem. Te szesnasto-, siedemnasto- i osiemnastowieczne, których ruiny można oglądać na Dolnym Śląsku, zostały zbudowane z kamieni. Najczęściej miały kształt walca zwieńczonego od góry kilkoma słupami, o które wspierały się belki. Największe umożliwiały jednoczesne powieszenie nawet kilkunastu złoczyńców. 
 
Przy szubienicy w Miłkowie badacze natrafili na kości kilku straconych tu przestępców. Badania potwierdziły między innymi znany z jeleniogórskich kronik opis egzekucji na całej czteroosobowej rodzinie Exnerów z Karpacza. Sprawa była bardzo głośna, przekazywana ze zgrozą z pokolenia na pokolenie jako jedna z tych opowieści, przy których cierpnie skóra. We wrześniu 1701 roku Sąd Apelacyjny w Pradze skazał Rosinę Exner i jej brata Georga na ścięcie mieczem za utrzymywanie cielesnych stosunków. Ich rodziców, Georga i Marię, którzy tolerowali kazirodczy związek i uśmiercili poczęte z niego niemowlę, sędziowie uznali za winnych dzieciobójstwa a po ścięciu kazali dodatkowo przebić metalowymi kołkami. Wyrok wykonano w Miłkowie 
Kiedy dwa lata temu wrocławscy naukowcy zaczęli grzebać wokół szubienicy, ta historia ożyła. Najpierw natrafili na złożone obok siebie w jednym grobie szkielety Rosiny i jej brata - oba bez głów. Potem znaleźli drugi grób, ich rodziców, ze resztkami kołków w miejscu serca i czaszkami dzieci wsuniętymi między kolana.  
- Mamy kłopot z Exnerami - mówi D.W. - Bo kat był takim profesjonalistą, że na kręgosłupach nie widać śladów po przejściu miecza. Ostrze przeszło precyzyjnie między kręgami.
Jest jeszcze bardziej zaskakujący fakt: to była jego pierwsza egzekucja. Genialny debiutant nazywał się Kühn i pochodził z jednej z największych śląskich rodzin katowskich. Fach odziedziczył po ojcu - jako syn kata nie mógł być nikim innym tylko katem. Od najmłodszych lat patrzył na egzekucje. A ponieważ ówczesny kat był również hyclem, dzieciak uczył się, zabijając w rakarni bezpańskie psy i ściągając z nich skórę odbierał lekcję anatomii. Trenował cięcie mieczem na żywych zwierzętach. Na ogół przed dwudziestką wykonywał publicznie pierwszą egzekucję na człowieku. To był jego mistrzowski egzamin. Kat, który w 1701 roku zabił Exnerów, zdał go celująco. 

2009-08-07 09:57:26
skomentuj (6)



wojskowa myśl techniczna

W rozkołysanym busie jak we śnie Tomek odwraca się i pokazuje mi czarno-białe zdjęcie pocztowego gołębia szpiegowskiego. Ptak ma pod skrzydłem coś, co z daleka wygląda jak medal za odwagę. Dopiero po chwili poznaję, że to miniaturowy aparat fotograficzny. Na innym zdjęciu inny gołąb paraduje ze zmyślną uprzężą i kapsułą na mikrofilmy.
- Dały radę z tym latać? - dziwię się.
Tomek kiwa głową. 
No to zaczynam sobie wyobrażać gołębie jako żywe bombowce jak z maleńkimi bombami nadlatują nad Londyn czy Drezno. Jasne, taka bomba miasta nie zniszczy, ale palec urwać lub oko uszkodzić może. A wraży żołnierz bez palca czy oka niewątpliwie jest mnie skuteczny niż w pełni sprawny strzelec.
Albo wróble z miniaturowymi kamerami: są mniejsze od gołębi, więc trudniej byłoby je wypatrzyć i zestrzelić.
Jakże dotkliwą stratę poniosła wojskowa myśl techniczna, gdy przed laty wybrałem studia na polonistyce. 

2009-07-30 22:32:19
skomentuj (3)



kasa fiskalna

Narobiłem fiskalnego bałaganu. Wystarczyło, aby palec pjotruski, wszechmogący, puknął kilka razy w klawiaturę kasy fiskalnej, i mamy armagedon: pani Kasia będzie musiała jakieś raporty korygujące pisać i tłumaczyć się przed inspektorami skarbówki, a może nawet pejczykiem po pupie dostanie.  
Z nienawiścią spoglądam na kasę i myśl o sabotażu krąży po mej głowie niczym głodny drapieżnik. 
Jak tylko zobaczyłem ją rano - odłączoną od prądu, martwą i cichą, niewinną, wciśniętą w kąt między kanapę a fotel - wiedziałem, że to kłopoty. I rzeczywiście, kilka godzin później przyszły emerytki zatrudnione do ulicznego handlu gazetami, wysupłały z portfeli monety i zostałem zmuszony włożyć kabel do gniazdka, kluczyk do dziurki, przekręcić a potem nacisnąć kombinację klawiszy. Kombinację, która - powtórzmy - okazała się absolutnie niewłaściwa. Kasa pisnęła z uciechy i złośliwie wypluła zwitek taśmy zadrukowany innymi niż należało cyframi. Ani jej teraz wepchnąć ten szyderczy jęzor do gardła.
Poczekaj no, fiskalny diable, prędzej rdza cię zeżre w kącie nim ja cię swoim wszechmogącym palcem raz jeszcze dotknę.

2009-07-17 22:34:26
skomentuj (1)



nic mi nie jest

- Nic mi nie jest.
Patrzę, jak podnosi rower, otrzepuje kolana z piasku, poprawia lok, przyczepiony do spoconego czoła i z niepewnym uśmiechem spogląda na pełną wybojów leśną drogę. Gosia mówi, że mogłaby do krwi zedrzeć skórę o beton, ale nie zapłacze. Co najwyżej przez chwilę - dopóki wiatr nie osuszy oczu - spłoszone ciężkie źrenice będą błyszczeć trochę bardziej niż zwykle. Płacze tylko z emocji, nie z bólu. Ze strachu, z tęsknoty, z bezsilności. 
Więc kiedy Olgę zaatakowała pszczoła, Marta zaciągnęła przyjaciółkę na bok, pochwaliła się ledwie widocznym śladem po żądle i zaproponowała założenie Klubu Użądlonych w Lewą Nogę. Klub przetrwał jeden wieczór - przestał być potrzebny, gdy ranka przestała swędzieć. 

A Kubuś płakał. Pojechaliśmy na lody do wiejskiego sklepiku w J. Te wycieczki to już prawie rytuał. Najpierw jest droga przez las. Potem przy cmentarzu, gdzie zaczyna się asfalt a rowery rozpędzają się z górki, mówię, by trzymali ręce na hamulcach. Pędzimy przez chwilę. Przy pierwszych chałupach psy szarpią długie łańcuchy, gospodarze nachylają się przez płoty, gołębie podrywają się z dachów. W końcu zostawiamy rowery na zaścielonym pestkami słonecznika betonie i wchodzimy do sklepu. W kącie jest zamrażarka z lodami. Kuba wybiera truskawkowe, Szymon jagodowe, ja z Polem waniliowe.

Wracaliśmy, kiedy zadzwoniła Agata, by pochwalić się, jak dzielnie sobie radzi beze mnie. Śmialiśmy się. Jechałem z telefonem przy uchu - ja na końcu, przede mną Marta na małym rowerze Jakuba i Szymon, krążący wokół nas niczym szpiegowski satelita. Kubuś pędził pierwszy, tak szybko, że straciliśmy go z oczu. Tyle razy wyprawialiśmy się na lody do J., że w ogóle się tym nie zaniepokoiłem: byłem pewien, że zna drogę do domu.
Ale kiedy dotarliśmy do O., i nie zastaliśmy Kuby - nie było go u Szpilki, u Daniela, u Lulka ani u Dziadka Stramy - przeraziliśmy się nie na żarty. 
Z Szymonem wróciliśmy natychmiast do lasu go szukać. Pol samochodem objeżdżał las asfaltem. Znalazł małego przy drodze na starą kopalnię K2. Zapłakany Kubuś szedł poboczem, prowadząc rower.
- Założę się, że prowadzi rower. On zawsze tak robi, gdy nie wie, co robić - objaśnił mi chwilę wcześniej Szymon.

A Szymon przeżywa pierwszą miłość. Bardzo dzielnie przeżywa, bez łez w ogóle. Mały mężczyzna.

- Fajnie było - opowiada mi o nocy, którą spędził z kolegami w namiocie. - Ja marzyłem o Paulinie, Lulek marzył o Ali, i tylko Daniel się nudził, bo nie miał o kim marzyć.

Daniel jeszcze nikogo nie kocha.


2009-07-16 21:21:19
skomentuj (1)



mokro (odcisk)

Deszcz. Wszystko błyszczy jak obciągnięte folią. Jak nowe, dopiero co przyniesione ze sklepu sprzęty, jeszcze nie używane, bez linii papilarnych, czyste. Żadnych muszek, pyłków, pająków, nic nie wiruje w świetle, żadnych śladów życia. Zgasły pulsujące czerwienią reflektory na kominie ciepłowni. Jedyny puls, nierówny, wyczuwam przyciskając palec do nadgarstka. 

2009-06-23 21:53:29
skomentuj (5)



na zdjęciach wyglądasz na szczęśliwą, tu jesteś smutna

Bus kołysze i muzyka kołysze, usypiam. A moja głowa przechyla się w złą stronę, w stronę szyby, nie wiadomo kiedy przebija szkło i kładzie się w miękkiej, wysokiej trawie. Podciągnąwszy sukienkę chodzisz obok jak bocian, kalecząc o źdźbła białe łydki. I kładziesz palec na wargach, kiedy przez sen próbuję powiedzieć, że cię kocham.
To łąka z bardzo płytkiego snu. Absurdalnie pachnie morską bryzą, wypuszczaną automatycznie co kilka minut przez zmyślny odświeżacz powietrza. Pamiętam, że wisiał nad siedzeniem kierowcy, zanim zamknąłem oczy i położyłem głowę w trawie. Dzięki bateryjce był jak żywe stworzenie. Miał zieloną diodę zamiast oka i mrugał do pasażerów, że uwaga uwaga właśnie nadciąga morska bryza. Wśród spazmów zapachu udaję więc martwego pjotruskę, który nic nie czuje.

2009-06-17 23:42:00
skomentuj (2)



dwa pięćdziesiąt

Najpierw powiedział coś o pogodzie, bo z nieznajomym o pogodzie to najłatwiej. Potem ponaglony moim pytającym spojrzeniem przeszedł do sedna. Przełknął ślinę, prestidigitatorskim ruchem sięgnął do kieszeni i wyjął kilka drobniaków. Pięknie mu wyszło, musiał ćwiczyć ten numer wiele razy.
- Brakuje mi dwa pięćdziesiąt na pociąg do Miłkowic - zełgał.
- Na pewno na pociąg? - zapytałem.
- Na pociąg, na pociąg. A na cóż by?
Zdziwił się bardzo profesjonalnie i zakłopotał mnie tym zdziwieniem. Przecież oboje wiedzieliśmy na cóż. Na najtańsze piwo. Na nalewkę wiśniową. Na pół litra. Na parę obezwładniających łyków, po których zaśnie gdzieś na betonie, ani na kilometr nie zbliżywszy się do Miłkowic. A jednak nie potrafiłem mu odmówić. Poszukałem w kieszeni dwuzłotówki i pięćdziesięciogroszówki. Podziękował. Patrzyłem, jak drepcze wolno przez ulicę. W stronę dworca PKP - więc może jednak zrobiłem dobry uczynek. 

2009-05-26 14:18:04
skomentuj (5)



podróż V

Ciemne spod mostu i ciemne znad lasu łączy się, miesza, zimne i rozgrzane, mokre i suche, zapach mułu i zapach żywicy. A ludzie nie wiedzą, że to armagedon; biorą tę ciemność za początek nocy lub majowej burzy, coś co przeminie, przejdzie obok, nic im nie zrobi. W tekturowym mieście palą się jeszcze latarnie, neony, witryny, przez firany i żaluzje wyciekają pasemka słabego elektrycznego światła. Grzęzną w smolistej masie, która oblepiła bezludne zaułki, ciche parki, zamknięte na głucho fabryki. 
Ciemne wyłazi z nor. Bucha w górę smród podwórek, paruje mocz ze ścian, zaduch bram, w których pijacy porzucili puste butelki, fetor kanałów, stęchła woń próchna i rdzewiejącego wśród pokrzyw żelastwa. Wiatr odwraca na zbutwiałą stronę liść po liściu, kamień po kamieniu, ziarnko po ziarnku - i sądzi.  
Ludzie przespali wiele takich nocy. Zamykali oczy - otwierali oczy, a pomiędzy tym śnili jakiś sen lub przeciwnie, nic nie śnili. I zawsze żyli. Śmierć istnieje tylko hipotetycznie. Ich rozświetlone od środka ciała nie przyjmują innej prawdy. Więc spokojnie leżą w wannach, łóżkach, na trawie. Całują się. Dotykają. Odsuwają od siebie. Przytulają. Milczą. Mówią. Jakby nigdy nic.

2009-05-09 09:27:47
skomentuj (2)



ho ho

Przegoniwszy szerszenie, wieszam hamak na starej, wpół spróchniałej śliwie. Kiedy tak leżę w słońcu, świat ugina się jak gałąź; wszystko blisko - pszczoły, trawa, ostre kamyki i puch dmuchawców. Gdzieś pod łąką od kilku dni krąży kret. Pol w asyście chłopaków rozgrzebuje jeden z kopców aż po niewielki otwór - tak ciemny, że musi wieść prosto do piekła.
- Ho ho - wyciąga szyję Kuba.
Pol pozwala mu zapalić świecę dymną, którą wsuwa w dziurę, a gdy szary obłok puchnie jak ciasto, nakrywa go wiadrem i przysypuje lekką, rozsypujacą się w palcach ziemią.
Nagle chłód aż do kości.
- Musimy jeszcze kupić kamienie i wysypać na grobie Jasia - mówi rzeczowo Marysia. Często zamyśla się tak nad grządką truskawek, nad talerzem zupy, nad rachukiem za telefon, bo życie i śmierć, radość i smutek to teraz dwie przeplatające się linie.

2009-05-05 19:48:54
skomentuj (0)



tajemnica

Tajemnice są jak ukryte pod koszulą krostki, które tak swędzą, że nie ma siły, trzeba je co jakiś czas podrapać. Drapał Szymon swoją krostkę przez tydzień. Przychodził ze szkoły, rzucał w kąt tornister, siadał w kuchni i oznajmiał uroczyście:

- Coś bym wam powiedział, ale to tajemnica.
A potem już tylko wzdychał, kręcił głową, milczał, zamyślał się i rozmyślał. Więc póki co tajemnicę Szymona znali oficjalnie Pol i Kuba, nie licząc tuzina kolegów ze szkoły. Ja ani babcia nie.
Widzieliśmy za to, jak się zmienia. Spoważniał. Ćwiczył na podwórku kopki, nosił się z hantlami i w ramach odchudzania zrezygnował z lodów oraz ciastek. Jedna mała tajemnica zmieniała go na naszych oczach z dzieciaka w chłopca.

W niedzielę pojechaliśmy na lody do L. Tam, pod tablicą z planem miasta, krostka zaswędziała Szymona znowu.
- Coś ci powiem, wujku, ale to tajemnica. Zakochałem się.
W obronie honoru Pauliny był gotów bić się ze swym najlepszym kolegą, który wyzwał ją od głupich krów. Pożyczone od Janka hantle, wytrwale noszone po podwórku, miały mu zapewnić kondycję przed pojedynkiem. 
Udałem zaskoczenie, choć z nieoficjalnych źródeł wiedziałem o tym wcześniej, bo szymonowe krostki swędziały nie do zniesienia i Pola, i Kubę; tak to jest z tajemnicami.
Jeszcze tego samego dnia, po drodze nad zaporę w P., Szymon opowiedział o swej miłości Ance, Oliwii i Filipowi. Jedyną osobą, która nie dostąpiła zaszczytu wtajemniczenia, pozostawała babcia.
- Bo ty zaraz będziesz zadawać pytanie za pytaniem.

Brat Pauliny, Damian, awansował na najlepszego kumpla Szymona. Razem kopali piłkę, bawili się w chowanego, jeździli na rowerowe wycieczki. Przede wszystkim jednak razem pracowali nad kondycją Szymona.
Z desek, gąbek, sznurków, dwóch pięciolitrowych baniek po wodzie mineralnej napełnionych piaskiem oraz rurki centralnego ogrzewania zbudowali sobie siłownię. Purpurowy z wysiłku Szymon kocha tak, że serce mało mu nie pęknie.
- Damian, ty mówisz, że ona się zakochała tylko po to, abym ja się odkochał - podejrzewa podstęp.
- Oj, Szymon - wzdycha Damian. - Bo z tobą już nie można normalnie pogadać. Ty ciągle o Paulinie i Paulinie... 
- Z twojego punktu widzenia, Szymon, to dobrze, żeby się zakochała - trzeźwo ocenia Janek, właściciel hantli. - Problem w tym, żeby zakochała się w tobie.

2009-05-01 08:50:42
skomentuj (2)



więc dobrze

A Marta ma gdzieś w mieszkaniu domowego skrzata. Zostawia mu miód i okruszki, by nie umarł z głodu, kiedy na kilka dni wyjeżdża do babci. Chyba za nim tęskni, bo w wielkanocną niedzielę narysowała go i opisała. Bardzo dokładnie, jak na siedmioletnią dziewczynkę, która dopiero co nauczyła się pisać. Skrzat ma nieco świński nosek, po cztery palce u rąk i spodnie w zielono-czerwone pasy. "Spodnie se skarpetki" - napisała Marta, żeby nie było wątpliwości.

A Lenka uwielbia stać na parapecie i wpatrywać się w obcy świat oddzielony taflą szkła od jej świata. Wróble ganiają się między gałęziami. GPS biegnie po pogryziony patyczek. Grzebyś odgina się do tyłu kopiąc piłkę i strzela mi gola. Ja stoję w świetle bramki, przytykam otwartą dłoń do ust i posyłam jej całusa.

A w Lany Poniedziałek Szymon obwiązuje sznurkiem butelkę z wodą i jak bukłak przerzuca przez kierownicę roweru. Potem nadchodzą Wojtek i Danel ze swoimi butelkami. Marszczą brwi, uzgadniając taktykę. Wolno, tyralierą schodzą w doł wsi, za dom Skibów, gdzie nic już nie widać. 

A Olga zasypia na "Parku Jurajskim". Kiedy biorę ją na ręce, by zanieść do łóżka, wzdryga się jak przed pazurem tyranozaura. 
- Ciiii, śpij, niosę cię do taty.
- Do babci - komenderuje przez sen.
- Dobrze, do babci.  

A Jasiu nie żyje. 
Mama martwi się wodą, która podchodzi pod trumnę. A on nic. Nie skarży się. W żadnym śnie.

2009-04-15 22:21:18
skomentuj (5)



wcześniej niż zwykle (odcisk)

Obudziłem się wcześniej, żeby zażyć leki. Potem leżałem w ciemnym jeszcze pokoju i nasłuchiwałem, jak budzi się cała reszta: jak w O. pieją nieliczne po jesiennej rzezi koguty, jak w. L. chłodne autobusy podjeżdżają pod przystanki, jak w K. skrzypi parkiet (ktoś pewnie idzie z sypialni do kuchni po łyk wody). O szóstej babcia Antosia włączyła radio, by pomodlić się z innymi. O szóstej dwadzieścia zadzwonił budzik w telefonie komórkowym Pola. O szóstej trzydzieści Kubuś otworzył oko. Nic nie zobaczył, ale domyślił się, że to tato wchodzi przez drzwi i pochyla się nad jego łóżkiem. Nie ma mnie tam, a jednak jestem blisko. 

2009-01-15 08:45:33
skomentuj (9)



cyrk

Tresura domowego kota w wykonaniu Marty:


MARTA (stanowczym tonem, trzymając w ręku kotlet): Sasza, siad!
SASZA (stoi, mętnym wzrokiem spogląda na Martę)
MARTA (stanowczym tonem, trzymając w ręku kotlet): Sasza, siad!
SASZA (stoi, mętnym wzrokiem spogląda na Martę)
MARTA (stanowczym tonem, trzymając w ręku kotlet): Sasza, stój!
SASZA (stoi, mętnym wzrokiem spogląda na Martę)
MARTA (rozpromieniona, rzuca się do głaskania): Dobry kotek, dobry. Masz kotlecika...

2008-12-11 21:22:52
skomentuj (8)



kpipkm (odcisk)

Dzień, w którym policja zwija mnie z ulicy. 
- Pan do O.? - pyta miły policjant.
- Do O.
- No to wsiadać - zarządza.
Jadę sobie paradnie na tylnym siedzeniu radiowozu, za ścianką z pleksi, oklejoną tu i ówdzie serduszkami Wielkiej Orkiestry Światecznej Pomocy. W O. ludzie patrzą ciekawie kogo tam dzisiaj policjanci zwinęli. Uśmiecham się i odkłaniam, że wszystko w porządku, żadna krzywda mi się nie dzieje. Poprawiam fryzurę, niech widzą, że nie mam bransoletek, wolny jadę, wolny i potężny. Rozsiadam się jak królisko, aż ciasno się robi w polonezie - taki majestat. 

2008-12-09 22:06:23
skomentuj (2)



list nr 1 i list nr 2

W drodze na przystanek oglądam się za siebie. Wielki pomarańczowy księżyc, wygryziony w czerstwy rogalik, wisi zahaczony jednym rogiem o komin mojego domu. Psy przestały szczekać. Wiatr rozwiewa dym.
Mam w kieszeni dwa listy. Chłopcy wepchnęli mi je do ręki zanim wyszedłem.
- Wiesz o co chodzi, nie? - mrugnął porozumiewawczo Kuba.
Domyśliłem się. 
I rzeczywiście.
List nr 1.* "Kochany Mikołaju, chciałbym prosić ciebie, żebyś podarował mi na twoje święto lepszoł kartę graficzną. Chciałbym jeszcze prosić o rózgi dla dziewczyn z naszej szkoły. Lubię ciebie Mikołaju, a zwłaszcza dlatego, że dajesz prezęty i jesteś gróby. Szymon Kanikowski."
List nr 2.* "Mikołaju proszę cię o jakąś niespodziankę napiszę co lubie: pluszaki, lego, bionikle, fajne ksiąszki takie jak o: smokach, potworach, rycerzach i takie inne. Od Kuby Kanikowskiego. Biały dom obok dwie budy."

Zastanawiam się teraz, co by było, gdyby gróby co daje prezęty dostarczył wyłacznie rózgi dla dziewczyn oraz wątłą obietnicę, że kartę graficzną doniesie w przyszłym roku (o ile nie zrujnuje go krzyzys gospodarczy). Albo gdyby dostarczył zamówienie nr 2 do budy GPS-a przy białym domu.

Teraz widzę wyraźnie, że rogalik to nie rogalik, tylko uśmiech. Uśmiech, o który owija się dym z komina.


* Pisownia i interpunkcja oryginałów została zachowana.

2008-12-02 22:06:15
skomentuj (6)



to nie jest kraj dla starych ludzi?

Przychodzi kombatant, drepcze macając laską podłogę, jakby spodziewał się ukrytej pod wykładziną zapadni, jakiegoś podstępu śmierci, piekła, które go pochłonie. Zmyślnej pułapki na staruszków, których jeszcze nie złożył reumatyzm. Ma posikane spodnie, niepokojącą mokrą plamę w kroku odciągającą wzrok od twarzy. Rano widziałem go, jak szukał w centrum L. intymnego miejsca, a w końcu zrezygnowany wcisnął się między skrzynkę transformatorową a szkolne ogrodzenie, robaczek świętojański, żuk gnojarz, pajączek.
- Panie redaktorze - mówi poprawiając grube okulary. - Dobrze piszecie, tylko za drobnymi literkami. O, tutaj...
Rozkłada wyjętą z kieszeni gazetę.
- ...tutaj, nic zupełnie nie da się przeczytać.
Rozkładam bezradnie ręce. Ale za to możemy porozmawiać chwilę o tym, że był korespondentem Trybuny Robotniczej. Tak. Znamy tę historię na pamięć. To stara historia. Niedługa, zniszczona przez amnezję. Bezpieczny wątek, bo nie da sie go ciągnąć w nieskończonosć.
- I jeszcze coś - mówi na pożegnanie, niby mimochodem, choć jestem pewien, że właśnie po to przyszedł. Prosi o orzełka, którego rozdawaliśmy czytelnikom na 11 Listopada. Metalowy znaczek dla prawdziwych Polaków. Znamię, do wpięcia w klapę marynarki i dumnego obnoszenia po L.

2008-11-18 13:41:59
skomentuj (3)



pinokio

Pinokio to służbowy samochód mojego brata. Ponieważ pracuje w fabryce lodów, na drzwiach ma małego pingwinka. Pol wiezie mnie nim z O. do Z. Nie pędź tak, napomina go z tylnego siedzenia Szpilka, bo nas zabijesz. Chyba mógłbym już umrzeć.

Mam dłonie czarne od węgla, i grudki ziemi w starych butach. Mnóstwo śladów po łapach GPS-a na ubraniu, który zupełnie nie słucha, gdy krzyczę: "Nie skacz! Nie skacz!" i obracam się do niego plecami. Mam w pudełku tuzin wypalonych na cmentarzu zapałek. Papierki po cukierkach w kieszeni. Kruszyny ciasta zaplątane w brodę. Siwe włosy, nie do rozróżnienia: mamy, taty czy moje.

 

2008-11-09 21:29:55
skomentuj (2)



święto zmarłych/e. (odcisk)

Przychodzi śmierć i dotyka klawiatury dokładnie w tych samych miejscach co ja. Nic nie przeżyje, żadne słowo nie jest nieśmiertelne. A najszybciej umierają te wielkie jak dinozaury. Te niemożliwe, fantastyczne stwory, o których piszą w książkach, że do końca na zawsze wieki wieków amen. Staram się, maleńka, jak najczulej głaskać Cię po kości obojczyka, w miejscu, w którym napięta do granic niemożliwości skóra, zaczyna prześwitywać
i widać, że to się nigdy nie zdarzyło. 

2008-11-01 21:52:47
skomentuj (7)



wstrząsający dizajn by szejk before opening


księga gości JEŚLI CHCESZ HASŁO DO ARCHIWUM, NAPISZ TO TUTAJ

foto pjotruska:

poczta

wybij okno sąsiada, niech on też POSŁUCHA:

 

gg 6520935

 

2010
styczeń
2009
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

 

nieco

niebo
yours
roxi
ika
muchomor
obudzenie n.
maryshka
nareszcie
senafer
ciastko z kokosem
paula
misiacy
ireo
maga
a-n-n-i-e
semiramis
zimno
agrafia
berenicca
triss
magdala

nieprzeszukane
farbnięci ...galeria
dada.terra ...musztarda leży na trawie
szejk ...mieszają ślicznie
pesto ..artyści rzucają koktajlem Mołotowa
fa-art ...masa się przewala
Ha!art ...Hubert publikuje więcej niż przed śmiercią
poemaart.pl ...wysypisko śmie(r)ci
limeryki ...rzekła żona do Nietszchego
świetliki ...ładnie tu, ładnie tu u pana
zielone brygady ...perły wśród wieprzy
słownik magiczny ...abrakadabra
sny ...to tylko się śni

niesamowitki
monty python ...bardzo dzielnie uciekał
jacek pałucha ...panowie i panie taplają się w błocie
variete ...obok wystawy cudów świata
siekiera ...żaden marny cel
grzegorz ciechowski ...ja jestem komórką
republika ...na satelitach gwiezdny pył
orkiestra na zdrowie ...źródło
rafał wojaczek ...musi być ktoś
jacek podsiadło ...wczesny zaangażowany
bohumil hrabal ...a to Hrabal właśnie
eugeniusz tkaczyszyn-dycki ...co nas wybawi od martwego brzegu
narogi i patrochy ...a to Polska własnie

 

blog.pl

 

 

 

statystyki www stat24 {smscontact}